„Lasy Świata” czyli kolumbijska przygoda życia

„Lasy Świata” czyli kolumbijska przygoda życia

Marzec 15, 2016 - 08:47

Podczas wyboru laureatów swoją prezentację zakończyłem słowami, że moim marzeniem była podróż do miejsc, które znałem tylko z filmów przyrodniczych i jeśli pojawiła się taka możliwość muszę spróbować.  Był to najlepszy krok jaki postawiłem, w celu jego realizacji, ponieważ po ogłoszeniu wyników znalazłem się wśród trójki laureatów, którzy otrzymali stypendium wyjazdowe. To, co mnie spotkało na miejscu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. 

Wstęp do tej wspaniałej przygody nakreśliła położona w Andach Bogota, która była naszym pierwszym przystankiem i miejscem, gdzie zaczęliśmy oswajać się z Kolumbią. Ogrom miasta, dziesiątki pojazdów i ludzi oraz wąskie uliczki, na których znaki i światła były jedynie propozycją, a kierowcy i tak robili tam to, co uważali za słuszne. Oprócz samego miasta udało się nam zobaczyć ogród botaniczny Jardín Botánico, w którym znajdowaly się kolekcje roślinne z całego kraju oraz Chicaque Natural Park, czyli dobrze zachowany fragment ginącego ekosystemu lasów mglistych.

Słowa naszego najbardziej doświadczonego podróżnika w ekipie - „to wyjazd Lasy Świata a nie parki świata więc to co tu widzicie jest zaledwie namiastką tego, co czeka nas na dole…” były stuprocentową racją, więc postaram się przybliżyć to, co spotkało nas już w samej amazońskiej dżungli. Po krótkim locie dotarliśmy do Leticji, skąd kolejnego dnia ruszyliśmy łodzią w górę rzeki do zamieszkałego przez Indian Puerto Narino. Miasteczko od samego początku dało się poznać jako miejsce bajkowe, a jego mieszkańcy weseli i otwarci. Jeden z miejscowych zaoferował się jako przewodnik i można powiedzieć, że spisał się w tej roli na medal. Każdego dnia mieliśmy czas dobrze zagospodarowany i zobaczyliśmy więcej niż się spodziewałem.

Podczas naszego pierwszego rejsu po Amazonce, dotarliśmy do jeziora Tarapoto, gdzie obserwowaliśmy różowe oraz szare delfiny, które pojawiały się na chwilę i znikały w mętnych wodach. Trafiliśmy również na zawieszonego w koronach drzew leniwca oraz wiele ptaków i innych zwierząt. Niezliczone gatunki flory poza niebem i rzeką zajmowały całe pole widzenia, a wśród nich ogromne puchowce wyciągały swoje korony ponad inne drzewa.

Następnego dnia zmierzyliśmy się z miejscowym lasem. Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy na spacerek, temperatura bliska 30oC i wilgotność w granicach 90%. Od początku wiedziałem, że tak to ja jeszcze nie spacerowałem i mogę się trochę spocić. Gumowce, długie spodnie i koszula, czyli standardowy zestaw JUNGLE, bardzo dobrze chroniły mnie przed złośliwymi stworzeniami i innymi niechcianymi zbliżeniami np. z trującą rośliną sięgającą do pasa i dosyć częstą na naszej trasie. Bogactwo gatunków, różnorodność kształtów i kolorów zachwycała na każdym kroku i im dłużej gdzieś się wpatrywałem pojawiało się ich coraz więcej. Po 5 godzinach wędrówki wsiedliśmy do łodzi i odwiedzając po drodze indiańską wioskę San Martin wróciliśmy do miejsca noclegu.

Czwarty dzień pobytu nad Amazonką rozpoczęliśmy zwiedzaniem okolicy. Odwiedziliśmy muzeum podwodnego świata, miejscowych wytwórców ozdób i rękodzieła, szkołę oraz poznaliśmy trochę historii miejsc, które nas otaczały. Kiedy słońce skończyło swoją zmianę, wyruszyliśmy na kajmany. Wysoki poziom wody i gęsta roślinność mimo starań naszego przewodnika utrudniały znalezienie jakiegokolwiek z nich. Możliwe, że się tego spodziewał i nie chcąc nas zawieść rozpoczął plan B. Na łodzi płynął z nami indiański młodzieniec oraz mała łódeczka. Po chwili był już na wodzie i zniknął w gęstej roślinności. Minęło 15-20 minut i na naszym pokładzie powitaliśmy małego kajmana czarnego, który po sesji zdjęciowej trafił z powrotem do wody.

Celem kolejnego dnia było zobaczenie małp z podrodziny wyjców. Na poszukiwania udaliśmy się tym razem na pięciu małych łódkach, mniej lub bardziej szczelnych, których burty wystawały nieco powyżej tafli wody. Na miejscu spotkała nas niespodzianka, trafiliśmy na miejscowego drwala podczas pracy. Z powodu braku maszyn do zrywki oraz niesprzyjających warunków deski i inne elementy drewniane wycina się na miejscu i transportuje do wioski na plecach. Niewysoki i szczupły mężczyzna operujący wielką pilarką z metrową prowadnicą zrobił na mnie ogromne wrażenie. Precyzja i dokładność z jaką obsługiwał dosyć niewygodną maszynę była wyjątkowym pokazem jego profesjonalnych umiejętności. Mimo, że nie zobaczyliśmy tego, co było w planie dzień jak najbardziej udany.

Szóstego dnia wylądowaliśmy w miejscu, do którego trafiały osierocone oraz skonfiskowane od nielegalnych handlarzy małpki. Opiekowała się tam nimi amerykańska biolog Sara Bennett, która chętnie przybliżyła nam działanie tego miejsca. Głównym celem jest tam ochrona i zwalczanie kłusownictwa oraz przywrócenie podopiecznych do środowiska naturalnego. Maluchów było wszędzie pełno, wchodziły na drzewa, wspinały się na ludzi, urządzały sobie zapasy, a nawet udało się im zabrać jedno z nakryć głowy, które szczęśliwie odzyskaliśmy. Kolejnym punktem dnia była słynąca z rękodzieła wioska Macedonia do której udaliśmy się po pamiątki. Pomysłowość i różnorodność wyrobów zmuszały do poważnego zastanawiania się nad tym co wybrać, a wybór wcale nie był łatwy.

Ostatniego dnia wypłynęliśmy na platformę w koronach drzew. Nie wiedziałem czego się spodziewać aż do momentu kiedy stanąłem przed potężnym puchowcem z zawieszoną na wysokości 12 pietra platformą z desek. To właśnie na nią przez pół godziny niezgrabnie i z lekką zadyszką udało mi się wspiąć. Z góry rozciągał się piękny widok na korony niższych drzew i koryto Amazonki. Kiedy już nacieszyłem oczy tym niecodziennym widokiem na specjalnie przygotowanej tyrolce zjazdowej przemieściłem się na odległe o ok.70m niższe drzewo, skąd po linie cały i zdrowy wróciłem na ziemię. Była to już niestety ostatnia z atrakcji jaką dla nas przygotowano. Pozostało już tylko zjeść kolejną porcję znanej już dobrze zupy i ryby z ryżem, spakować się i porannym rejsem ruszyć w drogę powrotną.

Tydzień wrażeń w amazońskiej dżungli był tygodniem spełniania marzeń o miejscach, od których zwykle dzielą mnie tysiące kilometrów. Na pewno jeszcze trochę czasu minie zanim to wszystko do mnie dotrze i zacznę tęsknić za tym miejscem, które na pewno już na zawsze zostanie w mojej pamięci. Wielkie podziękowania dla sponsorów i organizatorów wyjazdu, ponieważ to dzięki ich chęci i zaangażowaniu „Lasy Świata” mogą leśnych zapaleńców rzucić nawet na koniec świata.

 

Adam Milczarek - laureat III edycji "Lasów świata", stypendysta Nadleśnictwa Świeradów

stat4u