Sumatra 2017 – relacja z wyprawy studentów i pracowników Wydziału Leśnego UP w Poznaniu – część IV (18.02-3.03)

Sumatra 2017 – relacja z wyprawy studentów i pracowników Wydziału Leśnego UP w Poznaniu – część IV (18.02-3.03)

Marzec 07, 2017 - 09:44

Po opuszczeniu wyspy Samosir czekała nas 18-godzinna podróż do Bukittinggi. Podczas tej podróży przemieściliśmy się z półkuli północnej na południową, przekraczając równik w miejscowości Bonjal. Mimo wygodnego busa, podróż dała się nam we znaki ze względu na wyboistą miejscami drogę.

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowaną wyprawę na raflezję oraz zapoznanie się z produkcją najdroższej kawy świata – kopi luwak. Na raflezję jednak musieliśmy poczekać, ponieważ nie kwitła w tym czasie. Ochoczo zajęliśmy próbowaniem wyjątkowej kawy, a w między czasie wysłuchaliśmy krótkiego wykładu mieszkanki Palupuh na temat tradycyjnej produkcji kopi luwak. Kawa powstaje w wyniku nadtrawienia ziaren przez cywety, które zjadają owoce kawowca. Odchody z wydalonymi ziarnami kawy są zbierane z naturalnych miejsc bytowania łaskunów, myte w wodzie, a następnie suszone. W trakcie prezentacji zażywaliśmy również peelingów z tej aromatycznej kawy, która podobno ma bardzo dobry wpływ na cerę. Mieliśmy także okazję spróbować naparu z trawy cytrynowej i lokalnych ciasteczek posypywanych dużą ilością cynamonu.

Po regeneracji udaliśmy się skuterami do pobliskiej wioski, aby zobaczyć dziwidło olbrzymie (Amorphophallus titanum) – endemiczną roślinę Sumatry z rodziny obrazkowatych (Araceae). Godzinny marsz przez pola ryżowe i naszym oczom ukazał się ogromny kwiat. Mieliśmy niebywałe szczęście, gdyż kwiat kwitnie zaledwie przez kilka dni i średnio co 7 lat w naturalnym środowisku. Mieszkańcy Sumatry dawniej bali się podchodzić do kwitnącej rośliny, ponieważ ze względu na wydobywającą się woń padliny uważali, że pożera ona ludzi. Wyprawa na dziwidło kosztowała niektórych z nas wiele poświęceń – zwichnięta kostka, kilka upadków i złapanych pijawek. Przed powrotem do Bukittinggi wypiliśmy kawę i herbatę u gościnnych ludzi, którzy zaprosili nas do swojego domu. Niestety w drodze powrotnej pogoda nas nie rozpieszczała. W czasie jazdy skuterami w deszczu zdaliśmy sobie sprawę, że w klimacie tropikalnym również można zmarznąć.

Wieczorem kolejnego dnia czekała nas wspinaczka na Gunung Marapi – aktywny wulkan w górach Barisan o wysokości 2891 m n.p.m. Wyruszyliśmy koło 11 w nocy z dwoma przewodnikami. Na początku wejścia zastała nas burza, co nie napawało optymizmem. Zmoczeni i lekko zmarznięci doszliśmy do namiotu na granicy lasu. Powyżej granicy były już tylko skały z nielicznymi roślinami. W namiocie wypiliśmy coś ciepłego, zjedliśmy kilka ciastek i koło 5 wyruszyliśmy na ostatni etap wspinaczki. Cała trasa była dość trudna. Momentami było ślisko i niebezpiecznie. Ponadto, we znaki coraz bardziej dawał nam się brak snu. Po godz. 6 dotarliśmy na szczyt. Wtedy naszym oczom ukazał się niemal księżycowy krajobraz i ogromny krater wulkanu ziejący dymem. Na ścianach krateru widać było mozaikę różnych skał. Chwilami wiatr zawiewał w naszą stronę, a wtedy wyziewy wulkanu podrażniały nasze oczy i nozdrza. Na śniadanie każdy z nas dostał porcję zupki chińskiej w kubeczku zalaną wrzątkiem. Jednak wszelkie niedogodności rekompensowały nam przepiękne widoki. Początkowo wydawało nam się, że droga powrotna będzie łatwiejsza, ale niestety myliliśmy się. Była równie trudna jak podczas wchodzenia. Dodatkowo nasze zmęczenie coraz bardziej się potęgowało. Po zejściu od razu wszyscy zdjęliśmy buty. Stopy nas bardzo bolały od wielu godzin marszu.

Jeden dzień odpoczynku po wulkanie i ruszamy dalej. Następnego ranka jeszcze raz udaliśmy się do pobliskiej wioski Palupuh, aby zobaczyć kwitnącą raflezję Arnolda – pasożytniczą roślinę występującą tylko w lasach tropikalnych Sumatry i Borneo. Tym razem trafiliśmy idealnie w porę, ponieważ raflezja była w pełni rozkwitnięta. Po obejrzeniu kwiatu pojechaliśmy do miejscowości Maninjau położonej nad wulkanicznym jeziorem o tej samej nazwie. Większość tamtejszych mieszkańców przynależy do grupy etnicznej Minangkabau, których wyróżnia zasada matrylinearności – dziedziczenia nazwiska oraz dóbr po matce. Okolice jeziora zwiedzaliśmy przemieszczając się skuterami, co na szczęście nie przysparzało już nam problemów, a wręcz przeciwnie sprawiało wielką frajdę. Jak zwykle, jako biali ludzie przyciągaliśmy uwagę mieszkańców. Udało się nam objechać całą drogę wokół jeziora, która ma ok. 70 km. Po drodze mieliśmy okazję obserwować, jak wyglądają żniwa ryżu oraz wyrabianie desek przy użyciu pilarki spalinowej, a także coś w rodzaju mini tartaku. Natrafiliśmy także na sowę ketupę płową (Ketupa ketupu) oraz małpy trzymane przez miejscowych ludzi.

Kolejnym etapem naszej podróży był niewielki półwysep Sumatry. Najpierw czekała nas 4-godzinna podróż busem. Samochód nie miał klimatyzacji, więc całą drogę pootwierane były okna, a z zewnątrz docierały do nas wszelkie, niekoniecznie przyjemne zapachy. Przejazd przez Padang dostarczał szczególnie dużo wrażeń. Odór z fabryki produkującej gumę był nie do zniesienia. Aby dostać się na półwysep musieliśmy popłynąć łodzią. Nie było innej możliwości, gdyż półwysep był odcięty od miasta dżunglą. Przez te kilka dni spędzonych nad oceanem codziennie mogliśmy napawać się pięknymi widokami zachodzącego Słońca, obserwować podwodny świat, rozgwieżdżone niebo, a wieczorami słuchać dźwięków gitary i lokalnych piosenek. Jednego dnia mogliśmy także poczuć się, jak w czasie pory deszczowej, ponieważ cały dzień padało…

Ostatnim dzień naszej wyprawy spędziliśmy w malezyjskiej stolicy Kuala Lumpur. Każdy rozdysponował swój czas w zależności od tego, co chciał zobaczyć. Niektórzy z nas udali się do The Kuala Lumpur Bird Park – największej ptaszarni na świecie, w której można zobaczyć ponad 200 gatunków ptaków. Większość z nich swobodnie sobie chodzi wśród spacerujących turystów. Jest to możliwe dzięki temu, że ich przestrzeń ograniczona jest ogromną siatką. W ptaszarni mieliśmy okazję podziwiać ptaki z bardzo bliskich odległości, karmić je, a nawet oglądać sztuczki z ich udziałem.

Po zwiedzaniu Kuala Lumpur nadszedł czas powrotu. Najpierw czekał nas długi lot do Amsterdamu, a następnie z Amsterdamu do Berlina. Bogatsi o duży bagaż doświadczeń szczęśliwie wróciliśmy do Polski. Nasza podróż dobiegła końca, a już chciałoby się więcej! To były trzy niezapomniane tygodnie w naszym życiu.

Weronika Mysiak

stat4u