Lasy Świata część I – Zdobywamy wulkan

Lasy Świata część I – Zdobywamy wulkan

luty 13, 2020 - 14:17

W nocy z szóstego na siódmego lutego rozpoczął się bardzo oczekiwany przeze mnie oraz moich kolegów wyjazd „Lasy Świata – Gwatemala 2020”. Punktem zbiórki dla jego uczestników był parking pod Collegium Maximum, skąd busami dostaliśmy się na lotnisko w Berlinie. Polska żegnała nas deszczową pogodą, jednak droga przebiegała w wesołej atmosferze. Na berlińskim lotnisku rozpoczęła się obfitująca w przesiadki podróż. Zanim dotarliśmy do stolicy Gwatemali (miasta o tej samej nazwie – Gwatemala City,) odwiedziliśmy jeszcze Amsterdam oraz Atlantę. Cała podróż trwała ponad dobę, a do celu dotarliśmy nocą, nie można więc było od razu dokładnie zobaczyć nowego miejsca.

Na nowy dzień poczekaliśmy w przytulnym hostelu w starej stolicy Gwatemali – mieście Antigua Guatemala, do którego z lotniska dostaliśmy się busami. Już nad ranem obudził nas śpiew ptaków, zupełnie inny niż ten znany nam z Polski. Przy wspaniałym akompaniamencie pierzastych śpiewaków wyszliśmy na dach hostelu, na którym znajdował się taras z doskonałym widokiem na okolicę. Miasto ze wszystkich stron otoczone było wulkanami (jest ich w Gwatemali aż 38!), których zbocza porastały niezliczone gatunki drzew, krzewów i innych roślin naczyniowych, tworzące wspaniały górski las tropikalny. Naszą uwagę od razu zwróciła duża liczba epifitów (roślin rosnących na innych roślinach), porastających nie tylko drzewa czy krzewy, lecz także dachy czy nawet linie energetyczne i telefoniczne.

Pierwszy dzień przeznaczyliśmy na regenerację sił po długiej podróży i obejrzenie dawnej stolicy Gwatemali. Potrzebowaliśmy także wymienić pieniądze na lokalną walutę – Quetzale. Nazwa ta pochodzi od świętego ptaka Majów, kwezala herbowego, który widoczny jest także na gwatemalskiej fladze. Udaliśmy się więc na spacer. W stylu zabudowy miasta, a jak później się dowiedzieliśmy również całego kraju, widoczny był bardzo silny wpływ architektury hiszpańskiej, która dotarła tu w szesnastym wieku wraz z konkwistadorami. Miasto to zostało w przeszłości prawie doszczętnie zniszczone przez ciągle aktywny, pobliski wulkan Fuego.

Ten właśnie wulkan był główną atrakcją kolejnych dwóch dni naszej podróży. Dzień po przyjeździe do Gwatemali podjęliśmy się wspinaczki na jeden z najwyższych szczyt w tym kraju – wygasły wulkan Acatenango (3976 m n.p.m.), z którego można podziwiać erupcje położonego zaraz obok, nieco niższego wulkanu Fuego (3763 m n.p.m.). Zdobywanie wulkanu rozpoczęliśmy rano, a wspierało nas w nim kilku lokalnych przewodników, którzy znali najlepszą trasę na szczyt, zapewniali pomoc w razie problemów zdrowotnych oraz troszczyli się o znajdujący się nieco poniżej szczytu obóz.

W drodze na szczyt można było zaobserwować charakterystyczną dla terenów górskich strefowość roślinności. U podnóża wulkanu gleby były wylesione i użytkowane rolniczo, mijaliśmy różne uprawy, głównie kukurydzy i fasoli. Uwagę zwracał także fakt, że wszystkie prace rolnicy wykonywali ręcznie. Wraz ze wzrostem wysokości krajobraz pół uprawnych ustąpił miejsca wielogatunkowemu lasowi, mającemu charakter lasu mglistego. W lesie tym panowała znaczna wilgotność, drzewa miały nieregularny pokrój i występowała duża ilość epifitów. Nieco zaskoczyła nas obecność w lesie pochodzącego z Azji bambusa, wprowadzonego najprawdopodobniej przez ludzi w celach produkcyjnych. Kolejną strefą, którą mijaliśmy w drodze na szczyt była strefa, w której dominowała jedna z lokalnych sosen. Wraz ze wzrostem wysokości drzew było coraz mniej i miały one coraz bardziej karłowatą formę.

Na wysokości około 3500 metrów nad poziomem morza znajdował się obóz, w którym czekały na nas rozstawione namioty. Z obozu mieliśmy wspaniały widok na znajdujący się blisko wulkan Fuego, co jakiś czas wypluwający z siebie ładunek magmy, pyłów oraz gazów. Towarzyszył temu dźwięk przypominający znajdującą się blisko burzę. W obozie tym, podziwiając erupcje wulkanu Fuego, szczególnie efektowne po zapadnięciu zmroku, spędziliśmy całą noc. Ciepły posiłek przygotowany przez przewodników pomógł nam odzyskać siły po męczącej drodze na szczyt.

Kolejnego dnia wyruszyliśmy o 4:30, aby podziwiać wschód Słońca ze szczytu wulkanu Acatenango. Udało nam się zdobyć wulkan na czas i mogliśmy doświadczyć zapierającego dech w piersiach widoku. Mimo tego czarującego zjawiska, nie zagościliśmy na wierzchołku zbyt długo – przyroda subtelnie nas z niego wyprosiła przy pomocy silnego, zimnego wiatru. Zejście z wulkanu okazało się znacznie łatwiejsze i szybsze niż wspinaczka na szczyt. Po drodze zjedliśmy jeszcze w obozie pyszne naleśniki, siedząc wśród koślawych sosen i podziwiając dymiący i mruczący wulkan Fuego. To śniadanie na pewno długo pozostanie w naszej pamięci.

Kacper Oczkowicz